Archiwum: Lipiec 2014

Żadna różnica

a44Praca w zawodzie asystentki dyrektora praktycznie niczym nie różni się od pracy asystentki zarządu, którą wykonywałam przez ostatnich kilka lat aż do momentu, gdy moją byłą firmę rozwiązano ze względów finansowych. Po utracie tej pracy byłam zmuszona na nowo zagłębić się w lokalnym rynku pracy i wziąć za poszukiwania pracodawcy. Jakoś wiedziałam, że w moim przypadku znalezienie nowej pracy nie będzie bardzo trudne, bo miałam bogate doświadczenie zawodowe. Nie pomyliłam się w swoich przewidywaniach, bo już po kilku pierwszych dniach rozsyłania CV dostałam zaproszenie na trzy rozmowy kwalifikacyjne.

Oferty pracy otrzymałam z dwóch firm i wybrałam tę, która wydawała mi się ofertą lepszą, nie tylko pod kątem finansowym. Firma, w której pracuję jako asystentka dyrektora Piekary Śląskie oferowała nie tylko wyższą pensję, ale również lepsze bonusy i bogatszy pakiet socjalny. Do tego dyrektor, z którym będę pracowała, wydaje mi się bardzo sympatyczny i przystępny, a to już połowa sukcesu. Nie chciałabym pracować z kimś, kto swoim zachowaniem wzbudza we mnie niechęć. Żeby współpraca między dyrektorem a jego asystentką dobrze się układała musi być pomiędzy nimi jakaś nić sympatii. Tak uważam.

Pracę w nowej firmie rozpoczynam od przyszłego poniedziałku. Na początku przejdę jakieś krótkie szkolenie (zupełnie niepotrzebne, ale wymagane), a później zabiorę się do pracy.

Ręce zarobione po łokcie

s44W mojej pracy asystenta dyrektora najbardziej denerwuje mnie fakt, że przez osiem godzin dziennie, które każdego dnia spędzam w zatrudniającej mnie firmie muszę chodzić jak w zegarku i bez szemrania wykonywać wszelkie polecenia szefa. Co gorsze, swój zły humor dyrektor zawsze wyładowuje na innych i zgadnijcie kto na tym najbardziej cierpi. Oczywiście te osoby, które są najbliżej niego, a więc przeważnie ja. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni jestem osobą  najbliższą dyrektorowi. Spędzam w jego towarzystwie co najmniej połowę dnia pracy, a do tego moje stanowisko pracy znajduje się tuż przy wejściu do jego gabinetu, asystent dyrektora Chełm.

Gdyby tak się zastanowić na pewno okazałoby się, że nie ma pół godziny, bym nie był po coś wezwany lub miał chwilę czasu na spokojną realizację swoich obowiązków. Dyrektor kontaktuje się ze mną co chwila i prosi mnie o załatwienie różnych spraw, niekoniecznie związanych z zawodem asystenta. Niczym asystentka Mirandy Priestley z amerykańskiego filmu „Diabeł ubiera się u Prady” wczoraj po południu biegałem po całym Chełmie w poszukiwaniu prezentów dla dwójki siostrzeńców mojego szefa. On jak zwykle nie miał czasu się tym zająć i potrzebował kogoś, kto odwali brudną robotę zamiast niego. Do tego idealnie nadaje się oczywiście asystent.

Ciekawe kiedy mój przełożony zorientuje się, że nieco przesadza w wyzyskiwaniu swojego asystenta. Podejrzewam, że raczej nigdy.